Znasz ten stan? Siedzisz wygodnie w fotelu, za oknem szaro, a w Twojej głowie trwa właśnie rekonstrukcja rzeczywistości. Nie, nie planujesz jutrzejszych zakupów. Ty właśnie gdybasz, czy losy piłkarskiego świata potoczyłyby się inaczej, gdyby pewnego deszczowego dnia we Frankfurcie drenaż murawy działał sprawniej. Zapraszam Cię w podróż po meandrach polskiej psychiki, gdzie historia, sport i codzienne dylematy splatają się w jedną wielką sieć alternatywnych wszechświatów. Rozsiądź się wygodnie – zaczynamy festiwal „co by było, gdyby”.
Frankfurt, deszcz i ten cholerny „Mecz na wodzie”
To specyficzne polskie typowe myślenie a co byłoby gdyby jest czymś więcej niż tylko nawykiem. To nasza druga natura, filtr, przez który oglądamy świat, i – nie bójmy się tego słowa – nasza narodowa supermoc, choć czasem bywa nieco uciążliwa. Dlaczego zamiast po prostu zaakceptować fakt, że mleko się rozlało, my zastanawiamy się, czy gdyby szklanka stała dwa centymetry dalej, to jednak by ocalała?
Jeśli szukamy prapoczątków współczesnego polskiego fatalizmu połączonego z nadzieją, musimy cofnąć się do 3 lipca 1974 roku. Dla wielu to tylko data w kalendarzu, ale dla każdego szanującego się polskiego kibica (i nie tylko) to otwarta rana, którą z lubością posypujemy solą analizy.
Mecz Polska-RFN na Mistrzostwach Świata. Słynny „Mecz na wodzie”. To tutaj polskie typowe myślenie a co byłoby gdyby wchodzi na wyżyny absurdu i tragedii greckiej. Wyobraź to sobie: mamy drużynę marzeń. Deyna, Lato, Gadocha, Szarmach. Jesteśmy w gazie, ogrywamy Argentynę, Włochy. I nagle – ściana deszczu. Murawa we Frankfurcie zamienia się w basen. Piłka, zamiast toczyć się prosto do bramki Seppa Maiera, staje w kałużach jak zaczarowana. Przegrywamy 0:1 po golu Gerda Müllera, grając w warunkach, które promowały siłowy futbol Niemców, a zabijały naszą szybkość i technikę. I tu zaczyna się magia. To nie jest po prostu przegrany mecz. To jest fundament narodowej debaty trwającej już pół wieku!
W typowo polskim stylu nie pytamy: „Co zrobiliśmy źle?”. My gdybamy:
- Co by było, gdyby sędzia przełożył mecz?
- Co by było, gdyby strażacy we Frankfurcie mieli lepsze pompy?
- Co by było, gdyby piłka nie zatrzymała się w kałuży przy rajdzie Gadochy?
W naszej zbiorowej świadomości w alternatywnym wszechświecie – tym suchym i słonecznym – Polska w 1974 roku zostaje Mistrzem Świata. Kropka. To przekonanie jest tak silne, że niemal staje się faktem historycznym.
Ten przykład idealnie ilustruje mechanizm: porażka boli mniej, jeśli zracjonalizujemy ją pechem i stworzymy piękną wizję zwycięstwa, które nam „ukradziono” przez zrządzenie losu. To pozwala nam zachować dumę (byliśmy lepsi, tylko warunki były gorsze) i jednocześnie pielęgnować ten słodko-gorzki sentyment, który tak bardzo lubimy.
Sny o potędze, czyli gdybanie o Kremlu i Paryżu Północy
Wyjdźmy ze stadionu i wejdźmy w korytarze historii, bo to tam nasze gdybanie nabiera prawdziwego rozmachu. Polska historia jest tak poszatkowana nagłymi zwrotami akcji, że aż prosi się o pisanie jej na nowo w głowie.
Weźmy rok 1610. Hetman Stanisław Żółkiewski wkracza do Moskwy. Polski królewicz Władysław Waza ma zostać carem Rosji. Jesteśmy u szczytu potęgi, trzymamy Wschód w garści. I co? I nic z tego trwałego nie wychodzi. Zygmunt III Waza ma inne plany, polityka bierze górę nad strategią, szansa przepada. Dla przeciętnego Polaka to nie jest po prostu fakt z podręcznika. To jest punkt wyjścia do niesamowitych wizji: polskie typowe myślenie a co byłoby gdyby podpowiada nam scenariusz, w którym Rzeczpospolita staje się imperium dominującym od Bałtyku po Pacyfik. „Gdybyśmy wtedy utrzymali Moskwę, nie byłoby rozbiorów, nie byłoby wojen w XX wieku, a urzędowym językiem Europy Wschodniej byłby polski”. Brzmi fantastycznie, prawda?
Inny, bardziej bolesny przykład? Warszawa przed 1939 rokiem i wizja tego, co by było, gdyby nie II wojna światowa. Spacerując dziś po stolicy, wielu z nas nie widzi szklanych wieżowców, ale widzi to, czego nie ma – secesyjne kamienice, które mogłyby przetrwać. W naszej głowie Warszawa wciąż rywalizuje z Paryżem czy Wiedniem. To gdybanie architektoniczne jest wyrazem tęsknoty za normalnością i ciągłością, której nam zabrakło. Budujemy w głowach mosty, które nigdy nie powstały, i dzielnice, które pozostały tylko na planach prezydenta Starzyńskiego. To dowód na to, że nasza wyobraźnia jest mechanizmem obronnym – pozwala nam odzyskać to, co straciliśmy bezpowrotnie.
Budowlanka, samochody i codzienne gdybanie Janusza i Grażyny
Zejdźmy na ziemię. Mechanizm polskiego typowego gdybania nie dotyczy tylko wielkiej polityki czy sportu. On jest obecny w każdym polskim domu, na przykład podczas remontu lub zakupu samochodu. Tu objawia się nasza niesamowita przezorność, która graniczy z paranoją. Wyobraź sobie typową sytuację: Polak wybiera płytki do łazienki. Włoch czy Hiszpan wybrałby te, które mu się podobają. A Polak? Polak włącza symulator rzeczywistości:
- „Ładne są te jasne, ale co by było, gdyby mi spadła na nie butelka z szamponem i pękły? Czy dokupię taką samą za 5 lat?”
- „Weźmy te chropowate, są bezpieczne. Ale zaraz… co by było, gdyby trzeba je było szybko umyć przed przyjazdem gości? Brud wejdzie w pory. Będzie tragedia.”
To samo dzieje się przy kupnie auta. Legendarne już dylematy: diesel czy benzyna? Wybór silnika to nie kwestia ekonomii, to kwestia strategii przetrwania. „Kupię diesla, mało pali. Ale co będzie, gdyby przyszła zima stulecia i zamarzło paliwo? Albo co by było, gdyby wprowadzili strefy czystego transportu w moim powiatowym mieście za 10 lat?”.
Tworzymy scenariusze tak odległe i mało prawdopodobne, że samo podjęcie decyzji staje się aktem heroizmu. Jesteśmy mistrzami w zabezpieczaniu się na wypadki, które prawdopodobnie nigdy się nie wydarzą.
Syndrom Mądrego Polaka po szkodzie – czy na pewno?
Mówi się: Mądry Polak po szkodzie. Ale czy to prawda? Analizując nasze podejście, można odnieść wrażenie, że Polak jest mądry przed szkodą, w trakcie szkody i po szkodzie, a przynajmniej bardzo stara się być. Nasze ciągłe analizowanie alternatyw (Gdybym pojechał inną trasą, nie stałbym w korku) nie wynika z chęci samobiczowania się. To jest nasza forma nauki.
Wierzymy, że jeśli wystarczająco dokładnie przeanalizujemy, co by było gdyby, to następnym razem przechytrzymy system, los i historię. Spójrz na nasze podejście do transformacji ustrojowej po 1989 roku. Ileż to razy słyszałeś przy rodzinnym stole dyskusje o Planie Balcerowicza?
- „A co by było, gdybyśmy nie sprzedawali tych fabryk?”
- „A co by było, gdybyśmy poszli drogą chińską?”
Każdy wujek na weselu staje się na chwilę ekonomistą alternatywnym. To nie jest zwykłe narzekanie. To jest intelektualna potrzeba zrozumienia, że nasza obecna rzeczywistość jest tylko jedną z wielu możliwych wersji. To sprawia, że jako naród jesteśmy niezwykle świadomi kontekstu. Rzadko przyjmujemy rzeczywistość taką, jaka jest – zawsze widzimy jej cienie i niewykorzystane potencjały.
Polskie gdybanie – ukryta korzyść z narzekania na rzeczywistość
Można by pomyśleć, że to ciągłe życie w trybie przypuszczającym jest męczące. I bywa. Ale fraza polskie typowe myślenie na zasadzie a co byłoby gdyby kryje w sobie pewien psychologiczny skarb. Dzięki temu, że w głowie przerobiliśmy już najczarniejsze scenariusze (wojna, powódź, bankructwo, brak prądu w Wigilię), jesteśmy niesamowicie odporni na stres, gdy kryzys faktycznie nadejdzie.
Zauważ, jak Polacy radzą sobie w sytuacjach awaryjnych. Często lepiej niż narody, które żyją w błogim optymizmie. Dlaczego? Bo myśmy to już „przeżyli” w naszej wyobraźni! To myślenie sprawia, że jesteśmy innowacyjni – potrafimy szyć z niczego, bo zawsze mamy plan B, C i D, opracowany podczas bezsennych nocy spędzonych na rozważaniu „co by było, gdyby”. Nie walczmy z tym. To część naszego dziedzictwa. Nasza skłonność do analizowania czyni nas ludźmi z wyobraźnią. Sprawia, że nasze rozmowy są głębsze, nasze decyzje (choć podejmowane w bólach) są przemyślane, a nasza historia – choć trudna – jest wciąż żywa.
Następnym razem, gdy złapiesz się na myśleniu: „A co by było, gdybym nie przeczytał tego wpisu?”, uśmiechnij się do siebie. Właśnie udowodniłeś/aś, że jesteś prawdziwym Polakiem/Polką.